Tor lodowy na Motławie w dawnym Gdańsku

Lodowa autostrada do Krępca

Zima w przedwojennym Gdańsku miała swój specyficzny dźwięk rytmiczny stukot stalowych płóz o twardy lód Motławy. Już od świtu w mroźne niedziele okolice dzisiejszego Czerwonego Mostu tętniły życiem. Mieszkańcy Klein Walddorf i centrum miasta ściągali nad brzeg, by przy pomocy charakterystycznych kluczy przykręcić do butów lśniące gwintówki. Gdy tylko pierwsze grupy łyżwiarzy ruszały na południe, zamarznięta rzeka przestawała być tylko drogą wodną, a stawała się tętniącą życiem, lodową magistralą.


Utrzymanie tej trasy było majstersztykiem ówczesnej logistyki. Zanim pierwsi rekreacyjni łyżwiarze pojawili się na lodzie około godziny dziewiątej, na rzece pracowały już specjalne pługi. Ciężkie, drewniane ramy obite blachą sunęły po tafli, ciągnięte przez konie, których kopyta uzbrojono w ostre hacele. Zwierzęta stąpały pewnie, a tuż za nimi sunęły sanie z brzozowymi miotłami, które z aptekarską precyzją wymiatały resztki śnieżnego pyłu. Całe to przedsięwzięcie nie było dziełem miasta, lecz prywatnych przedsiębiorców właścicieli podgdańskich karczm. Wiedzieli oni doskonale, że gładki lód to najkrótsza droga do portfeli tysięcy spragnionych gości.


Trasa wiodła obok historycznego Dworu Schumannów, gdzie krajobraz stawał się bardziej malowniczy. Starodrzew rzucał długie cienie na szerokie rozlewiska, a łyżwiarze mijali urokliwe, zaśnieżone ogrody. Niektórzy zatrzymywali się na chwilę przy Dworze, gdzie na brzegu, opatulona w grube chusty, siedziała miejscowa gospodyni. Przed nią, na małym stoliku obok węglowego piecyka, dymiły filiżanki z kawą zbożową Machwitz-Mischkaffee. Za jednego grosza można było ogrzać dłonie i poczuć aromat palonego ziarna, zanim ruszyło się w dalszą drogę.



Głównym celem był jednak Kramskrug słynna karczma w Krępcu, stojąca dumnie u ujścia Raduni do Motławy. Gdy łyżwiarze mijali most kolejowy w Groß Walddorf, wiedzieli, że cel jest blisko. Karczma pękała w szwach. W jej przestronnych salach unosił się zapach gorącego ponczu, grogu i parujących kiełbasek. Było to miejsce, gdzie zrzucano zmęczenie, opowiadano o warunkach na lodzie i zbierano siły na powrót. Dla tych najbardziej wytrwałych Krępiec był dopiero początkiem. Prawdziwa wolność zaczynała się za karczmą, gdzie ruch malał, a lód prowadził w głąb dzikich Żuław aż do Grabin i Martwej Wisły.



Tam trzeba było jednak uważać; mieszkańcy pobliskich chat często wykuwali w lodzie przeręble do czerpania wody. Miejsca te, oznaczane wiechciami słomy, przypominały o tym, że rzeka, choć oswojona, wciąż bywa zdradliwa. Najpiękniejszy moment nadchodził jednak podczas powrotu. Gdy słońce zaczynało się zniżać, czerwone światło zachodu oblewało ceglane dachy gdańskich kamienic. Mijali stare samotne wierzby nad brzegiem, które w świetle zachodzącego słońca wyglądały jak niemi strażnicy historii. W brązowo-czerwonej mgle majaczył potężny masyw Kościoła Mariackiego, a za nim niebiesko-czarna linia wzgórz. Gdy łyżwiarze docierali do ciemnych cieni miejskich wałów, witali ich blaski świateł wielkiego miasta. Zmęczeni, ale nasyceni mroźnym powietrzem i poczuciem wolności, odkręcali łyżwy z nadzieją, że mróz utrzyma się do następnej niedzieli. Choć dzisiaj ten naturalny sport ustąpił miejsca nowoczesnym rozrywkom, pamięć o lodowej autostradzie do Krępca pozostaje jednym z najbardziej romantycznych obrazów dawnego Gdańska.